Każdego dnia staram się dodać coś nowego, nie zawsze jest to coś widocznego, nie zawsze jest to nowy wpis, ale zawsze jest to coś, co zbliża to efektu finalnego, jakim jest gotowa strona. Wymagania wobec strony od zawsze miałem bardzo wygórowane, chcę zamieścić wiele różnych treści, a do tego chcę, by wyglądała spójnie i profesjonalnie. Dość powiedzieć, że zachowuję się przy tym jak najgorszy typ klienta, który non stop marudzi i kręci nosem. Przyznaj szczerze, skoro strona powstaje blisko piętnastu lat, to chyba mam prawo wymagać? 😎

Nie będę nawet próbował policzyć, które to jest podejście do strony. Przez te lata przewinęło się wiele pomysłów, wizji i strategii marketingowych. Były różne podejścia: strona osobista, strona firmowa, strona marki, strona… sam już nie wiem jaka. Przez te lata powstało wiele ciekawych projektów, każdy z nich odpowiadał obecnym trendom. Niektóre wyprzedzały swoje czasy. Zdarzył się nawet jeden projekt, którego nie powstydziłaby się duża korporacja — aż szkoda, że byłem wtedy jednoosobową firmą, a nie wielkim przedsiębiorstwem notowanym na giełdzie. Na początku projekty wychodziły na światło dzienne, zawierały wtedy minimalny zestaw treści. Z czasem chęć zrobienia porządnej strony sprawiła, że każda kolejna iteracja kończyła się tak samo — powstał genialny projekt i na tym koniec. A dlaczego koniec?

Za każdym razem brakowało jednego, małego szczegółu — brakowało treści na stronę. Byłem tak pochłonięty dopieszczeniem jej wizualnie oraz opracowaniem rozbudowanej strategii marketingowej, że nie starczało sił, by przygotować, chociaż najprostsze treści, a co dopiero sprostać takiej pięknej strategii. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie to by mieć porządną stronę, stało się moją obsesją. Kilka razy zmieniałem nazwę firmę, wielokrotnie wymyślałem nowe slogany, powstały nowe logotypy oraz schematy kolorystyczne. Powstało dość materiałów, by obdarować kilka firm. Korzystałem przy tym z pomocy dobrych znajomych, którzy służyli radą i dobrym słowem. Na prace przeznaczyłem dużo środków finansowych, a efektów wciąż nie było.

Ostatnie podejście było w 2019 roku. Wtedy to pewnego wrześniowego dnia usiadłem przed tablicą suchościeralną i dałem upust fantazji, rozpisałem wszystkie swoje pomysły łącznie z całą chmarą przeróżnych strzałek, które miały oznaczać różne łączenia pomiędzy kolejnymi puzzlami. Pewne elementy połączyłem w grupy, wymyśliłem im spójne nazwy. Te grupy połączyłem w większe grupy, aż wszystko zostało połączone w jedną wielką grupę. Do tego rozpisałem różne media społecznościowe, w jaki sposób mają być użyte dla danego przedsięwzięcia. Powstał całkiem duży i spójny projekt. Gdybym tylko miał nieskończone zasoby finansowe… Wtedy też poprosiłem przyjaciela, by pomógł mi ze spójną wizualizacją graficzną wszystkiego. Musiał mnie mieć kompletnie dość, bo tak nalegałem. A efekty jego prac były genialne, aż szkoda, że to wszystko poszło do piachu. O tym, co się wydarzyło później i dlaczego nastał dla mnie ciężki czas, opowiem przy następnej okazji. Tutaj nadmienię tylko, że w ramach tamtych prac został dobrany kolor, który bardzo przypadł mi do gustu oraz powstało proste logo, które idealnie wpisywało się w potrzebę tamtej chwili oraz obowiązujące trendy. Kolejne miesiące to prace nad tymi projektami, a także nad stroną mojej firmy — kolorystyka została odpowiednio rozbudowana, powstały szkielety podstron oraz projekty graficzne elementów składowych. Jedyne czego brakowało, by strona ujrzała światło dzienne była… treść. Tak, kolejny raz byłem nie byłem w stanie odpowiednio przełączyć kontekstu mentalnego i opracować właściwej treści. Jedyne co wtedy zostało udostępnione to prosta strona „coming soon” z licznikiem, który wielokrotnie zdążył się przekręcić oraz formularzem zapisu do nieistniejącej już listy mailingowej (legenda głosi, że niektórzy wciąż czekają, aż dostaną list, że strona jest otwarta).

I tak mijały dni, tygodnie, miesiące i lata. Nie próżnowałem, przez ten czas chciałem zrozumieć, gdzie popełniłem błąd, uzupełnić braki w swojej wiedzy oraz przygotować się, by podjąć kolejną próbę. Wiele się nauczyłem, zdobyłem dużo doświadczenia, poznałem wspaniałe osoby oraz ich historie, a do tego znacznie powiększyłem listę moich mentorów. Już sama ich obecność sprawia, że człowiek czuje się spokojniejszy. Skorzystałem także z kilku bardzo ciekawych kursów. Nie byłbym sobą, gdybym napisał teraz, że przerobiłem kurs, wykonałem wszystkie prace domowe oraz z powodzeniem osiągnąłem cel kursu. 😒 Tak nie było, w zasadzie to było bardzo daleko od tego. Za każdym razem brakowało mi tego czegoś, bałem się znowu spróbować, nie chciałem kolejny raz odłożyć coś i zacząć od nowa.

Pod koniec maja tego roku nic nie postanowiłem, nie podejmowałem żadnych decyzji, nie zastanawiałem się. Po prostu zainstalowałem oprogramowanie i napisałem pierwszy wpis. Podesłałem do znajomych adres i nastąpiła przerwa. W czerwcu dodałem dwa kolejne wpisy, tym razem nawet nie dzieliłem się z nikim adresem. W głowie zaczęły pojawiać się jakieś myśli, ale nie poświęcałem im zbyt wiele czasu. Chciałem dodać kolejne wpisy, miałem dobre pomysły na nie, tylko brakowało ciągle czasu lub też chęci. Aż nastał pewien dzień, kiedy wstałem rano, a w mojej głowie zakiełkowała pewna myśl „a może by tak wrócić do korzeni”. Wiele lat temu potrafiłem prowadzić blogi, które miały wielu czytelników, niektóre z nich były dość dobrze znane (nie, nie zdradzę nazwy żadnego z nich, bo to było kiedyś, na tyle dawno temu, że to był inny Łukasz).

A może by tak wrócić do korzeni…

A może by tak wrócić do korzeni…

Tak też zrobiłem, odrzuciłem wielkie plany, po prostu zacząłem robić to, co sprawia mi przyjemność. Każdego dnia coś „podłubałem” przy jednym z dwóch projektów. Raz to było tylko kilka minut, innym razem kilka godzin. Nie miałem wielkich nadziei, planów ani marzeń, po prostu robiłem to, co lubiłem i co sprawiało mi przyjemność. Każda, nawet najmniejsza zrobiona rzecz sprawiała, że na mojej twarzy pojawiał się uśmiech 😊. Podchodziłem do tego zagadnienia na luzie. Wiedziałem, że nie ma znaczenia czy zrobię, czy też nie, jedyne co się liczyło to spędzić fajnie czas i być może czegoś się nauczyć. Wtedy też natrafiłem na kilka ciekawych materiałów z grupy „motywacyjnych”, z których jeden zapadł mi szczególnie w pamięć:

„Nie bój się, że to, co będziesz robił, jest słabe. Na początku i tak nie będziesz mieć widowni. W miarę jak będziesz szlifować swój warsztat, zaczną pojawiać się obserwatorzy, a dla nich będzie liczyło się to, kim jesteś i czym się dzielisz, a nie jak to robisz”.

Podjąłem ostateczną decyzję, ta strona, ten blog, wpisy i treści będą pokazywały, kim jestem. Będę dzielił się swoimi przeżyciami, doświadczeniami i wiedzą. Będę pisał w swoim stylu, bez próby udawania kogoś, kim nie jestem. Jeśli to Ci nie odpowiada to szkoda i proszę, wybacz, ale nie będę się zmieniał ani udawał kogoś, kim nie jestem. A jeśli to, co tutaj piszę, w jakikolwiek sposób pomoże komukolwiek, to wiem, że było warto. Nagle w mojej głowie wykiełkowała myśl, z niej zrobiła się wizja, a ta wizja połączyła się postanowieniem dobrej zabawy i nauki. Przez kilka dni szlifowałem stronę. Całkiem nieźle przy tym tańczyłem tango, robiąc kroki do przodu i do tyłu. Poprawiłem logo, skopiowałem część pomysłów z poprzednich lat. Dołożyłem potrzebne elementy. Zaczyna to wyglądać fajnie — a dokładniej mówiąc to „mi się podoba”. Wiem, że jeszcze wiele jest do zrobienia, ale będę to robił po kolei, małymi kroczkami.

A jeśli ktoś by chciał, dowiedzieć się jak zrobić taką stronę, na co trzeba zwrócić uwagę, co wziąć pod rozwagę i tym podobne, to ja chętnie podzielę się tą wiedzą. Przy okazji opowiem o błędach, jakie popełniłem, po to by inni mogli ich uniknąć.

Aha, tym razem nie szukałem żadnego chwytliwego sloganu. Nazwa tej strony to po prostu:

Jeśli w tym momencie czujesz pewien dysonans i chcesz wrócić do pierwszego akapitu, bo zauważyłeś pewną sprzeczność, to Cię rozczaruję — nie ma tutaj żadnej sprzeczności. Mogę do sprawy strony podchodzić na spokojnie, z dystansem, bez wielkich planów, a jednocześnie być wymagającym wobec niej, oczekiwać schludnego, spójnego wyglądu oraz wielu różnych treści. W zasadzie to jest całkiem naturalne, mało jest przedsięwzięć, za które się zabieramy, a nie chcemy, by były porządnie zrobione. Najważniejsze jednak nie stawać się niewolnikiem swoich wymagań (ani wymagań klienta — a o tym kiedyś w przyszłości 😜).

A o czym będą kolejne wpisy — nie mam pojęcia, to życie pokaże, co będzie potrzebne w danej chwili. Jakie będą kolejne treści — nie wiem, okaże się. Z czasem wykluje się właściwa forma i proces, a tymczasem będę eksperymentował i zastosuję zmodyfikowany cykl PDCA 😎

Zapraszam do wspólnej podróży!

+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
+1
0
0 0 votes
Ocena artykułu
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
0
Would love your thoughts, please comment.x
Przewiń do góry